« Powrót do listy artykułów
Picture illustrating an article

Praca a wykształcenie

17.07.2013
Łukasz Komuda   /
Fot. Tony Bowden, Źródło: flickr.com, Licencja CC-BY-SA 2.0
Wersja do wydruku

Choć dyplom uniwersytetu czy politechniki nie jest dziś tak silnym atutem jak na początku lat 90., to nie da się ukryć, że stopa bezrobocia osób z wyższym wykształceniem jest niższa niż tych z wykształceniem podstawowym, gimnazjalnym czy też zasadniczym zawodowym. By zdobyć dobrą pracę nie wystarczy jednak sam dokument ukończenia studiów: istotny jest przecież kierunek kształcenia, uczelnia, indywidualny wysiłek studenta, a także jego indywidualne predyspozycje i zainteresowania. Ale najważniejsza jest zawsze zawodowa praktyka.

Powszechnie panujące przekonanie, mówiące, że im wyższe wykształcenie, tym mniejsze ryzyko bezrobocia, znajduje potwierdzenie w statystykach. Według GUS, w I kwartale 2013 roku bezrobocie analizowane w metodologii Badania Ekonomicznej Aktywności Ludności (BAEL) dotykało 11,3% populacji aktywnych zawodowo Polaków. W przypadku osób z wykształceniem wyższym stopa ta była wyraźnie niższa (wynosiła 6,2%), podobnie jak dla szkół policealnych i średnich zawodowych (10,0%). Odsetek bezrobotnych był większy w grupie osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym (14,0%), średnim ogólnokształcącym (15,1%) oraz gimnazjalnym i podstawowym (22,0%).

Z danych tych łatwo zauważyć to, że dla uniknięcia bezrobocia lepiej mieć konkretny fach (wykształcenie zawodowe – średnie lub zasadnicze) niż maturę zdobytą w liceum ogólnokształcącym. Po drugie, lepiej mieć dyplom ukończenia studiów niż skończyć naukę na szkole średniej. Po trzecie: lepiej skończyć szkołę średnią zawodową niż zasadniczą zawodową. I po czwarte: największy odsetek bezrobotnych jest wśród osób z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym.

Magister inżynier górą
Mamy w Polsce blisko 300 tys. zarejestrowanych bezrobotnych z wyższym wykształceniem, czyli co ósmy bezrobotny ma dyplom wyższej uczelni – dlatego trzeba sobie powiedzieć jasno, że studia nie dają gwarancji pracy. Zwiększają natomiast prawdopodobieństwo jej znalezienia, a także prawdopodobieństwo wyższych zarobków.

Według „Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń” przeprowadzonego w połowie 2012 roku przez firmę Sedlak & Sedlak, osoby z wykształceniem magisterskim inżynierskim charakteryzują się w Polsce wynagrodzeniami brutto o medianie na poziomie 5400 zł miesięcznie, w przypadku studiów magisterskich jest to 4500 zł, dyplomu licencjackiego lub inżynierskiego – 3718 zł, wykształcenia średniego i pomaturalnego – 2990 zł, a zasadniczego zawodowego – 2500 zł. Nieco mniejsze jest zróżnicowanie wynagrodzeń absolwentów, czyli osób ze stażem pracy nie dłuższym niż 12 miesięcy – kwoty wyglądają w tym przypadku odpowiednio: 3000 zł, 2500 zł, 2500 zł, 1960 zł i 1800 zł brutto miesięcznie. Warto tu nadmienić, że mediana, to liczba, która dzieli zbiór absolwentów na połowy: jedną, która zarabia więcej, i drugą, której wynagrodzenie jest mniejsze.

Powyższe badanie pozwoliło także na wskazanie uczelni, których absolwenci zarabiają najwięcej. Piątka najlepszych to: Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, Politechnika Warszawska, Politechnika Gdańska, Politechnika Wrocławska i Uniwersytet Warszawski. Wynagrodzenia ich absolwentów były nawet dwukrotnie większe niż tych, którzy skończyli szkoły z dołu zestawienia wyższych uczelni.

Mimo, że na czele jest uczelnia ekonomiczna, nie znaczy to, że kluczem do pewnej i dobrej pracy jest taki właśnie kierunek. Według Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na 1,9 mln studentów aż 23% zdobywa wiedzę na kierunkach ekonomicznych i administracyjnych – jest to największa liczebnie grupa tematyczna wyróżniona w statystykach. Nic więc dziwnego, że np. w Warszawie w rankingu zawodów osób bezrobotnych na pierwszym miejscu znaleźć można technika ekonomistę, a na trzecim – ekonomistę po studiach.

Nie ma gwarancji
Specjaliści, zajmujący się rynkiem pracy, powtarzają stale: od kilkunastu lat ponad 3/4 studentów zdobywa wiedzę o charakterze humanistycznym. Tymczasem od przeszło dekady najlepiej na rynku pracy radzą sobie ci, którzy mają fach w ręku (wykształcenie zawodowe), wykształcenie wyższe techniczne lub ścisłe.

Niestety, eksperci o wiele gorzej prognozują to, jakie konkretne specjalności będą cieszyły się przychylnością pracodawców za pięć lat, gdy będziemy już po obronie pracy magisterskiej – więcej na ten temat piszemy w artykule „Zawody i umiejętności przyszłości”. Trudno więc wskazać pewniaki – z wyjątkiem może informatyki. Zawsze istnieje ryzyko, że po studiach (czy technikum) trudno będzie znaleźć pracę pasującą do wykształcenia i kwalifikacji.

Niezależnie bowiem od profilu kształcenia, mamy do wyboru różne uczelnie, kształcące na różnym poziomie – na co część pracodawców zwraca uwagę. Po drugie, obok zdyscyplinowanych, pracowitych i ambitnych jest wielu takich, dla których dobrnięcie do końca studiów było największym życiowym wyzwaniem – trudno, by obie te grupy identycznie wypadały podczas procesów rekrutacji, na stażach i okresach próbnych w miejscu pracy. Po trzecie w końcu, zmiany w gospodarce sprawiają, że w poszczególnych specjalnościach zapotrzebowanie na specjalistów może się bardzo zmieniać – tak jest np. w branży budowlanej, która podlega wyraźnemu falowaniu: po okresach hossy następują zastój i „chude lata”.

Nie każdy może być Billem Gatesem
Wygląda więc na to, że każdy uczeń i student musi być gotowy na to, że jego kariera zawodowa będzie raczej dość krętą ścieżką. Według badania „Wykształcenie a praca zawodowa Polaków”, przeprowadzonego we wrześniu 2012 roku przez firmę Sedlak & Sedlak, tylko 33% pracujących na pytanie, czy ich praca ma związek ze zdobytym wykształceniem, odpowiedziało „tak”, a dalsze 22% – że „raczej tak”.

Pewną pociechą może być fakt, że z drugiej strony żaden poziom wykształcenia nie przekreśla naszych szans na sukces zawodowy – choć ewidentnym utrudnieniem może być zakończenie edukacji na poziomie podstawówki lub gimnazjum. Można znaleźć menedżerów pełniących odpowiedzialne funkcje, a legitymujących się tylko maturą. Osoby niepokorne i ambitne inspirować może fakt, że studiów nie skończyli Bill Gates (założyciel firmy Microsoft), Steve Jobs (Apple), Larry Ellison (Oracle), czy Ingvar Kamprad (IKEA). Sean Parker, współtwórca potęgi Facebooka, z trudem skończył liceum i o studiach nawet nie myślał, Richard Branson (założyciel koncernu Virgin) został wyrzucony ze szkoły średniej, a Amancio Ortega, założyciel koncernu Zara, do szkoły przestał chodzić w wieku 13 lat.

Nie wolno jednak zapominać, że oprócz niezwykłych cech, odwagi oraz pracowitości, panom wymienionym wyżej po prostu sprzyjało też szczęście. Statystyka jest znowu nieubłagana i pokazuje, że osoby z dyplomami na danym szczeblu kariery zarabiają zwykle więcej niż ci, którzy nie studiowali lub nie skończyli studiów. Dla przykładu – mediana miesięcznego wynagrodzenia dla dyrektorów i członków zarządu wynosi w przypadku osób z wykształceniem średnim lub pomaturalnym 7500 zł brutto, tymczasem dla osób z dyplomami magistra – 12 000 zł. W przypadku kierowników, ci z wykształceniem zawodowym zarabiają 3300 zł, podczas gdy osoby z dyplomem magistra – 6500 zł, a ci, którzy zdobyli tytuły magistra inżyniera – 7000 zł.

Praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka
Edukacja jest rodzajem inwestycji. Młody człowiek poświęca czas i siły, a jego rodzina – najczęściej – wspiera go finansowo. Jak sprawić, by ta inwestycja się opłaciła? Przede wszystkim: nie wybierać kierunku kształcenia na siłę, wbrew talentom i predyspozycjom (intelektualnym, manualnym itd.). Bardzo słaby prawnik lub marny i niedouczony specjalista od marketingu na rynku pracy będzie sobie radził znacznie gorzej niż po prostu dobry hydraulik czy glazurnik. Warto więc celować w specjalność, w której można sprawdzić się przynajmniej jako przeciętny fachowiec.

Dobrze jest także uwzględnić hobby i pasje: świetny i oddany całym sercem swojej pracy historyk sztuki czy filozof może nie mieć łatwej drogi zawodowej, ale przy pewnej determinacji ma szansę znaleźć pracę w zawodzie. Z drugiej strony, księgowa albo nauczycielka, która nie cierpi swojej pracy, nie tylko będzie miała trudniej z rozwojem zawodowym, ale i poczuciem spełnienia. Według ubiegłorocznego badania Eurobarometr, aż 31% Polaków, którzy zmienili pracę w 2012 roku, kierowało się brakiem satysfakcji zawodowej. Warto więc już na początku drogi zastanowić się, czego na pewno nie chcemy robić, a co robić lubimy.

Najważniejszą kwestią jest jednak doświadczenie. Najnowsza edycja badań „Monitor Rynku Pracy”, prowadzonych w II kwartale 2013 roku przez firmę Randstad, pokazała, że pracownicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pracodawcy wyżej cenią praktyczne doświadczenie zawodowe i praktykę, niż dyplom. O tym, że doświadczenie ma wyższą wartość na rynku pracy niż wykształcenie przekonanych było 86% badanych. To oznacza, że już w trakcie szkoły średniej, a najdalej – kształcenia na poziomie wyższym – konieczne jest zdobywanie doświadczenia. Staż, wolontariat, praktyka zawodowa – każda z form ma sens o tyle, że nie tylko uwiarygadnia kandydata u przyszłego pracodawcy, ale także pozwala na bardzo wczesnym etapie dowiedzieć się: to jest właśnie to, co chciałbym robić. Albo: to nie dla mnie.

Łukasz Komuda, lkomuda@fise.org.pl