« Powrót do listy artykułów
Picture illustrating an article

Praca dla wszystkich, którzy chcą pracować?

26.04.2014
Łukasz Komuda   /
Piramida wieku wg opracowania GUS p.t. "Ludność. Stan i struktura demograficzno-społeczna" z 2013 roku
Wersja do wydruku
Według GUS z naszego rynku pracy w ciągu najbliższych sześciu lat może zniknąć nawet dwa miliony ludzi. I to tylko za sprawą kształtu naszej piramidy wieku. Czy to znaczy, że w 2020 roku bezrobocie może spaść do przepowiadanych 3%? Jak może zmieniać się rynek pracy w nadchodzących latach i kto na tym skorzysta?
 

Kiedy popatrzymy na piramidę wieku Polaków, łatwo zauważymy, że najliczniejszy rocznik kończy w tym roku 30 lat – trzydzieści świeczek na torcie zgasi w tym roku blisko 680 tys. osób. Kolejne roczniki są już ariergardą wyżu demograficznego i są coraz skromniejsze: aż do 11-latków, których jest ok. 350 tys. Jeśli więc założymy, że na rynek pracy młodzi ludzie wkraczają z ukończeniem 25 roku życia (faktycznie oczywiście bywa różnie – jedni rezygnują z nauki po zawodówkach, inni studiują aż do uzyskania doktoratu), to rzuca się w oczy, że grupa ta licząca aktualnie ok. 560 tys. osób co roku będzie o 10–20 tys. osób mniejsza, aż osiągnie ok. 400 tys.

Przenieśmy się teraz w górę wykresu. Mamy tam osoby w wieku emerytalnym lub zbliżające się do niego. Niegdyś umownej granicy 65 lat dobijało nam rocznie ok. 400 tys. osób. Teraz obserwujemy, jak na emerytury przechodzi powojenny pierwszy wyż demograficzny. W tym roku 65. urodziny będzie świętować ok. 520 tys. osób, a pięć lat później – blisko 640 tys. (to najliczebniejszy rocznik tego wyżu). Łatwo dostrzec, że w miejsce niedawnej nadwyżki liczby młodych wchodzących na rynek pracy w porównaniu z liczbą osób osiągających wiek emerytalny pojawi się szybko powiększający się deficyt.

Piramida wieku w Polsce

Źródło: GUS

GUS oszacował, że liczba osób w wieku produkcyjnym do 2020 roku zmniejszy się nawet o 2 miliony – nie korygując jednak tej liczby ze względu na pełzanie wieku emerytalnego do 67 roku życia. Gdyby wszystkie inne czynniki pozostały bez zmiany, to stopa bezrobocia przez sześć lat mogłaby się skurczyć do 3,1% – kalkulują fachowcy Urzędu. Liczba bezrobotnych – według metodologii BAEL* – skurczyłaby się z obecnych 1,7 mln do 0,5 mln, czyli do rozmiarów bliskich tzw. bezrobocia naturalnego, w którym nie pracują ci, którzy pracować nie mogą.

Nie da się ukryć, że bezrobocie w nadchodzących latach powinno szybko się zmniejszać. Oddziałują na to trzy czynniki: po pierwsze opisana powyżej demografia, po drugie – budząca się po spowolnieniu gospodarka, która wyczerpała już możliwości wzrostu na rezerwach wydajności, i po trzecie – migracja, która stale płynie w kierunku krajów zachodnich, gdzie sytuacja na rynku pracy również zaczęło się poprawiać. Jakby tego było mało, wszystko opisane wyżej wpasowało się w rytm, w jakim zmienia się cyklicznie nasz rynek pracy – można na nim wyróżnić wyraźne okresy stałego wzrostu, a potem stałego spadku stóp bezrobocia, trwające 4–5,5 roku.

Mimo tylu sprzyjających okoliczności osiągnięcie poziomu 3-procentowego bezrobocia byłoby jednak zjawiskiem bez precedensu. Najniższą stopę bezrobocia BAEL odnotowano bowiem w III kwartale 2008 roku i było to 6,6%, przy czym wskaźnik poniżej poprzeczki 7% znalazł się tylko dwukrotnie w historii, a poniżej 8% – czterokrotnie.

Przy bardzo szybkim spadku podaży rąk do pracy trudno jednak oczekiwać, że gospodarka zachowa warunek ceteris paribus, czyli tego, że prócz demografii nie zmieni się już nic. To założenie jest bardzo trudne do utrzymania, bo łatwo zgadnąć, że borykając się z coraz większymi problemami rekrutacyjnymi pracodawcy będą musieli w pewnym stopniu poprawić warunki płacowe. A to może uruchomić kilka rezerw kadrowych, jakimi nasz kraj dysponuje.

Dość naturalnym jest, że poprawa warunków płacowych oraz trudność z przeprowadzeniem sukcesji na danym stanowisku może zachęcić część osób w wieku emerytalnym do kontynuowania pracy. Inne zaś, tracąc zatrudnienie w tym wieku (w wielu podmiotach gospodarczych panuje rodzaj kulturowej presji, skłaniającej emerytów do odchodzenia) będą miały większą szansę niż dziś na to, by znaleźć satysfakcjonującą pracę.

Blisko 2/3 ludzi w wieku 15–24 lata jest bierne zawodowo – ludzie w tej grupie najczęściej uczą się lub studiują. Większa łatwość w znajdywaniu pracy może sprawić, że pewna część tej zbiorowości będzie miała szansę zacząć życie zawodowe wcześniej – lub nawet zrezygnuje z kształcenia na poziomie wyższym. Dziś wielu młodych skarży się, że prócz pracy za płacę minimalną i darmowych staży rynek nie proponuje im zbyt wiele.

Eurostat podaje, że w Polsce wskaźnik aktywności zawodowej osób w wieku produkcyjnym wynosi ledwie 66%, podczas gdy unijna średnia to 71%, a np. w Wielkiej Brytanii wynosi on 76% (w Szwajcarii – 83%). Oznacza to, że w naszym społeczeństwie są miliony ludzi, których nie zalicza się do bezrobotnych, a które nie pracują nie tylko dlatego, że nie pozwala im na to stan zdrowia lub obowiązki związane z opieką nad dziećmi lub rodziną (i nie chodzi tylko o bezrobocie ukryte). Wartą zauważenia grupą są niepełnosprawni, wśród których zawodowo pracuje tylko kilkanaście procent. Nie brakuje matek, które zostały w domu wychowując dzieci, a teraz nie są w stanie powrócić na niełatwy rynek pracy i pozostają na utrzymaniu partnerów. Jeśli rynek stanie się przyjaźniejszy i bardziej wygłodzony rąk do pracy – ich szanse na znalezienie na nim swojego miejsca wzrosną.

Wreszcie mamy też naszą najnowsza emigrację. Nie wszystkim Polakom na obczyźnie powodzi się znakomicie – część osób z wyższym wykształceniem nie potrafi znaleźć za granicą niczego zbliżonego do swoich kwalifikacji i marzy o tym, by pracować nawet za mniejsze pieniądze, ale bliżej swoich zainteresowań i najlepiej – w kraju. Jeśli pojawią się realne możliwości – wrócą, nawet bez akcji promocyjnych angażujących samego premiera.

Zanim więc zaczniemy myśleć o szerokim otwieraniu granic dla migrantów popatrzmy na to, czym nasz rynek pracy faktycznie dysponuje. I przestańmy już skupiać się na ulubionym – okiem pracodawcy – profilu polskiego pracownika: singla w wieku ok. trzydziestu kilku lat, po studiach i z dziesięcioletnim stażem na podobnym stanowisku.

Łukasz Komuda, lkomuda@fise.org.pl

PS Niektórzy eksperci rezerwuar siły roboczej widzą w Ukrainie. Niestety, na wsparcie stamtąd możemy liczyć głównie w zakresie nisko wykwalifikowanej siły roboczej. Kraj ten cierpi na jeszcze niższą dzietność niż Polska i na jeszcze szybszą niż u nas emigrację – skierowaną jednak nie do Polski, ale znacznie dalej. Dla przykładu w Kanadzie ludność pochodzenia ukraińskiego stanowi już 4% i jest najszybciej rosnącą grupą narodowościową.

* Więcej na temat metodologii BAEL można przeczytać np. tutaj: http://rynekpracy.org/x/946883